Czy wiesz, kiedy planowane jest oficjalne otwarcie Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu?

Wyjątkowo pięknym programem zwieńczono kolędowy czas w Filharmonii Wrocławskiej (20 stycznia): 20 polskich kolęd w wersji z orkiestrą Witolda Lutosławskiego i Gloria Poulenca - z udziałem Chóru Filharmonii i Justyny Unickiej (w Glorii), pod batutą Agnieszki Franków-Żelazny. Programowo to strzał w dziesiątkę! - zarówno ze względu na okoliczności i zobowiązania Wrocławskiej Filharmonii wobec patrona, jak nader trafny kontekst estetyczno-stylistyczny dla jego muzyki.
Polskie kolędy Lutosławskiego z 1946 roku z wiekiem zyskują na smakowitości (chciałoby się rzec: jak dobre wino... mszalne). Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu -w nagraniu płytowym Krystyny Szostek-Radkowej i Andrzeja Hiolskiego z fortepianem - uderzały harmonicznym, fakturalnym i rytmicznym wyrafinowaniem akompaniamentu. Dzisiaj, zwłaszcza w orkiestrowej szacie brzmieniowej - zachwycają! „Ostre" harmonie złagodniały, zyskując dodatkowe walory kolorystyczne, nie tracąc przy tym na pikanterii. Dostrzega się w nich jedyny w swoim rodzaju idiom muzyki Lutosławskiego, znany z Koncertu na orkiestrę, Malej suity, a jednocześnie, dzięki bliskim melodiom, muzyka tchnie swojskością i polskością. To prawdziwa perła (a raczej sznur perełek) i właściwie w muzyce polskiej zjawisko odosobnione, jeśli idzie o tak wysoce artystyczne ujęcie popularnej tematyki bożonarodzeniowej. Długo trwa zdobywanie przez nie serc polskich słuchaczy i filharmonicznych estrad, co poniekąd tłumaczy, dlaczego na prawykonanie Kolęd w wersji z orkiestrą kompozytor wybrał niegdyś Londyn i Edynburg, a nie... Warszawę.
Lecz arcydzieła (nie mam wątpliwości, że Kolędy polskie do tej kategorii należą) wymagają doskonałego wykonania; arcydzieła perfekcjonisty, jakim był Lutosławski, wymagają tego w szczególności. Wrocławskim filharmonikom - chórowi żeńskiemu i orkiestrze pod batutą Agnieszki F ranków-Żelazny udało się to tylko częściowo, do pewnego stopnia. Oczywiście, nie przekreśla to włożonego wysiłku, wielu miejsc naprawdę pięknych i wzruszających (zwłaszcza w kolędach w tempach wolnych), porywających nawet (Hola hola, pasterze z pola), które pozwoliły dostrzec i docenić wychwalane przed chwilą walory dzieła. Żeńska część wrocławskiego chóru stanowi zresztą jego mocniejszą stronę. To zespół już bardzo sprawny, o dużym potencjale wokalnym. Dlatego dobrym pomysłem było powierzenie solówek wybranym chórzystkom, dysponującym niejednokrotnie bardzo pięknym i oryginalnym brzmieniem głosu (jak Joanna Makowska, Diana Kopeczek, Magdalena Garbacz czy Dorota Bronikowska). Dodało to zróżnicowanego i specyficznego kolorytu poszczególnym kolędom. Niestety, utalentowana chórmistrzyni - ale bez doświadczenia symfonicznego - nie zawsze radziła sobie z koordynacją całego chóralno-orkiestralnego zespołu, a zwłaszcza z bogatą i finezyjnie traktowaną przez kompozytora orkiestrą. Niekiedy tempo wydawało się z ostrożności za wolne (Przybieżeli do Betlejem), innym razem pojawiały się kłopoty z precyzją rytmiczną (My też pastuszkowie), a i dykcja chóru pozostawiała sporo do życzenia. Słowem, pozostał pewien niedosyt - co nie powinno zwalniać od dalszej pracy i kolejnych prób, by czym prędzej nagrać Kolędy w rozpoczętej przez Filharmonię im. W. Lutosławskiego serii płytowej (Witold Lutosławski
Gloria na sopran solo, chór mieszany i orkiestrę Poulenca, o dziwo, okazała się dla dyrygentki i dla całego zespołu łatwiejszym zadaniem. Rozbudowana, siedmioczęściowa kantata z 1960 roku, wyrastająca jeszcze z ducha międzywojennego neoklasycyzmu, nawiązująca nieco do szorstkości Strawińskiego, lecz prostsza i oszczędniejsza w środkach, nie nastręczyła tylu problemów wykonawczych co misterna, migotliwa muzyka Lutosławskiego. Dyscyplina emisyjna i rytmiczna chóru, wyraźna akcentuacja łacińskiego tekstu, na tle surowo, homogenicznie brzmiącej i równie zdyscyplinowanej orkiestry, do tego klarowne, srebrzyste solo Justyny Unickiej (jeszcze studentki Akademii Muzycznej im. K. Lipińskiego we Wrocławiu w klasie prof. Bogdana Makala) złożyły się w sumie na bardzo piękny i bezpretensjonalny hymn chwały Bożej, jak głosił zresztą tytuł koncertu: „Gloria in excelsis Deo".
KAZIMIERZ KOŚCIUKIEWICZ, Ruch Muzyczny, Marzec 2010