Wywiad z Christianne Stotijn – jedną z gwiazd 45. Wratislavii Cantans
Christianne Stotijn to autorką jednego z najlepszych koncertów 45. Wratsilavii Cantans. Młoda holenderska mezzosopranistka, która zbiera rewelacyjne recenzje w najważniejszych światowych pismach muzycznych, porwała publiczność we Wrocławiu swoimi interpretacjami pieśni Debussy’ego, Szostakowicza, Pfiznera i innych. Przy okazji festiwalu udzieliła również wywiadu dla Ruchu Muzycznego.
Miłość odwzajemniona
Christianne Stotijn odpowiada na pytania Bartosza Kamińskiego
Pochodzi z Delft, studia wokalne ukończyła w Amsterdamie, gdzie uczyła się także grać na skrzypcach. Dwa lata po dyplomie, w 2005 roku, otrzymała nagrodę Fundacji Borletti Buitoni i przeznaczyła ją na nagranie dwóch płyt dla wytwórni Onyx. Recital pieśni Schuberta, Wolfa i Berga zebrał entuzjastyczne recenzje. Druga płyta dokumentowała interpretacje jej ukochanej muzyki – pieśni Mahlera. Kolejne nagranie, Der Cornet Franka Martina, zdobyło nagrodę Echo Klassik, a rok temu ukazała się płyta z pieśniami Czajkowskiego.
- Zawsze układa Pani programy swych recitali tak misternie, jak mogliśmy się przekonać na tegorocznej „Wratislavii”?
- Nie zawsze, czasem sięgam po muzykę tylko dwóch kompozytorów, przedstawiając przekrój ich pieśniarskich dokonań. Wolę jednak układać program z utworów rozmaitych twórców. Ma to sens wtedy, kiedy łączy je określony temat. Tak było w przypadku mojej debiutanckiej płyty, poświęconej snom, fantazjom i zwidom. Opiewa ten świat wiele pieśni, przede wszystkim epoki romantycznej, kiedy tak chętnie sięgano do mitów i baśni. Zawsze mnie pociągał żywioł opowieści, gdzie słowa mają zarazem poetycki i dramatyczny wymiar.
Z moim pianistą Josephem Breinlem powróciliśmy ostatnio do tej tematyki, kładąc tym razem nacisk na zderzenie iluzji i rzeczywistości, wynikłe z tego napięcia i sensy. Dlatego ostatecznie znalazły się w programie pieśni Schumanna do słów Andersena – trudno o bardziej ambiwalentne teksy.
- Znalazł się w nim także napisany dla Pani cykl Die rote Blume Schwenka. Czy to Pani zamówienie?
- Owszem, i jest to utwór skomponowany z dużym wyczuciem mojego głosu. Zwłaszcza w dolnym rejestrze. Fredrik Schwenk, niemiecki kompozytor średniego pokolenia, nie jest bardzo znany. Obecnie wykłada w Hamburgu. Polecił mi go Joseph Breinl, który znał go ze studiów w Monachium. Jestem bardzo zadowolona z tej współpracy. W ubiegłym roku wraz z Isabelle van Keulen wykonywałam natomiast utwory, które na moje zamówienie napisał holenderski kompozytor Fant de Kanter: trzy pieśni na głos, altówkę i fortepian do tekstów południowoafrykańskiej poetki Ingrid Jonker. Może kiedyś skomponuje coś dla mnie Sofia Gubajdulina – to moje wielkie marzenie.
- Czy wykonywanie zróżnicowanego pod względem stylistycznym i językowym programu wymaga szczególnych przygotowań?
- Każdy śpiewak ma inną wrażliwość, bardziej odpowiada mu konkretny język i styl muzyczny. Ja najbardziej lubię śpiewać po niemiecku i rosyjsku, mam wówczas namacalny
kontakt z językiem, odpowiada mi jego ekspresja. Śpiewając po francusku czuję dystans, ale to chyba wynika też z charakteru muzyki. W tym programie to bardzo wyraźne uczucie, bo po ekspresjonistycznych pieśniach Pfitznera następują impresjonistyczne pieśni francuskie. Trzeba więc zrobić krótką przerwę, zejść z estrady, dać słuchaczowi odetchnąć i przygotować się na zmianę nastroju. Przede wszystkim zaś śpiewak musi naprawdę rozumieć słowa – nie chodzi tylko o ich semantyczną warstwę, ale też o kolor, brzmienie. Jeśli umiejętnie wyrecytujemy poezję Verlaine’a, łatwiej odnajdziemy klucz do pieśni Faurego
czy Debussy’ego. Miałam szczęście uczyć się w Amsterdamie u Udo Reinemanna – Niemca, który studiował w Wiedniu, mieszka we Francji i specjalizuje się w wykonawstwie pieśni.
Jest szczególnie czuły na różnice stylu i brzmienia w repertuarze niemieckim
i francuskim.
- Uczyła się Pani też u sławnej holenderskiej śpiewaczki Jard van Nes, ostatnio zaś u legendarnej Janet Baker. Co wyniosła Pani z tych kontaktów?
- Lekcje z tą ostatnią to niezwykłe doświadczenie – praca bardzo intensywna i pełna skupienia. Baker wciąż zadaje pytanie: dlaczego? Dlaczego śpiewasz to właśnie tak? Czy to jest zgodne z intencją kompozytora? Dlaczego robisz to inaczej? Uczy szacunku dla utworu, każe zrozumieć sens każdej frazy, każdej nuty. Zwraca uwagę, jak ważne są wybory interpretacyjne. Uświadomienie sobie konstrukcji utworu, jego przebiegu, kulminacji
i zwieńczenia jest niezbędne, by śpiewak mógł zapanować nad wykonaniem. Zaczynając pieśń musisz wiedzieć, jak będziesz ją kończyć: żeby umiejętnie rozłożyć siły wokalne i psychiczne. Baker, która tyle lat występowała z powodzeniem na scenie, ma ogromne doświadczenie i potrafi je przekazać w sposób naprawdę niezrównany. Jard van Nes zawdzięczam z kolei wiele szczęśliwych wyborów repertuarowych – miała świetne wyczucie, co mogę zaśpiewać, z czym zaś powinnam jeszcze poczekać. Znając moje zamiłowanie do poezji powiedziała kiedyś: „jest taki utwór Franka Martina – Kornet do tekstu Rilkego, myślę, że to coś w sam raz dla ciebie”. Sięgnęłam po ów tekst, bo bardzo lubię Rilkego, i wprost nie mogłam uwierzyć, że Pieśń o miłości i śmierci korneta Krzysztofa Rilke napisał dwudziestojednolatek, i to w ciągu zaledwie jednej nocy! Od razu wiedziałam, że chcę śpiewać utwór Martina. Okazało się, że Jard van Nes miała rację: dzieło odpowiadało wspaniale nie tylko mojej wrażliwości, ale i głosowi. Pod jej okiem studiowałam też dzieła Mahlera, które – podobnie jak w jej przypadku – stanowią dziś podstawę mojego repertuaru koncertowego.
- To Jard van Nes odkryła przed Panią dzieła Mahlera?
- Nie, pierwszy raz usłyszałam jego muzykę w dzieciństwie, dzięki ojcu, który jest kontrabasistą. W Hadze zabrał mnie na III Symfonię, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Od tamtego czasu Mahler jest ,,mój”, choć oczywiście wówczas nie wiedziałam jeszcze, że będę wykonywać jego muzykę. Coś jednak było na rzeczy, bo już na początku studiów Udo Reinemann dał mi do śpiewania pieśni Mahlera i zawsze podkreślał: „to będzie dla ciebie ważny kompozytor”. Miał rację – im lepiej poznawałam jego twórczość, tym bardziej się z nią identyfikowałam: jego sposób myślenia, związek z naturą, poczucie humoru, absurdu i osamotnienia w świecie są mi bardzo bliskie.
- Nagrywając płytę z pieśniami Mahlera sięgnęła Pani po młodzieńcze utwory, które nagrała niegdyś Janet Baker ale wybrała Pani tylko kilką z nich, uzupełniając program bardziej znanymi pieśniami, Skąd takie zestawienie?
- Może wydawać się zaskakujące, ze ułożyłam program płyty z wczesnych pieśni Mahlera, kilku utworów ze zbioru Cudowny róg chłopca oraz zaledwie dwóch z pięciu Pieśni Ruckerta. Tematem przewodnim płyty jest jednak Praświatło – wspaniała pieśń, która w orkiestrowej wersji stanowi część II Symfonii, przedstawiająca ludzkie życie jako wędrówkę:
od dziecinnej ufności, przez radość, tragedię, zawód, aż po gorycz i pragnienie śmierci. Wybór materiału podporządkowano temu właśnie zamysłowi, płytę rozpoczyna więc Wiosenny poranek, kończą zaś dwie pieśni do słów Ruckerta: O północy i Ich bin der Welt abhanden gekommen, która rozpoczyna się słowami ,,Usunąłem się z tego świata, na który tyle zmarnowałem czasu”. Nie mogłam pominąć tego utworu, bo jest istotnym dopełnieniem
programu. Niektórzy widzą w nim manifest pesymizmu kompozytora, świadectwo rezygnacji i życiowej przegranej. Ja – przeciwnie: obraz pogodzenia się z losem, wyzwolenia
z bólu, zjednoczenia z naturą ukojenia i harmonii.
- Wykonuje Pani pieśni Mahlera zarówno z fortepianem, jak z orkiestrą. Czy śpiewa się je inaczej?
- Oczywiście! Mahler wspaniale zorkiestrował swoje dojrzałe pieśni – akompaniament ma tyle barw, że trudno to lekceważyć. W Ich bin der Welt abhanden gekommen pojawia się na przykład rożek angielski, jeden z moich ulubionych instrumentów, przez co początek pieśni nabiera zupełnie innego charakteru niż w wersji z fortepianem. Julius Drake, z którym nagrałam płytę mahlerowską, jest wspaniałym pianistą potrafi wydobyć z instrumentu wiele kolorów, ale to nie to samo, co niezwykły dźwięk rożka angielskiego. Mahler za pomocą harfy, czelesty, a zwłaszcza instrumentów dętych potrafi uzyskać iście magiczne rezultaty. Praświatło ma wspaniały kwartet rogów – podobnego efektu nie sposób uzyskać na fortepianie. Pieśni Ruckerta wolę więc wykonywać z orkiestrą choć pieśni ze zbioru Cudowny róg chłopca równie pięknie brzmią z fortepianem.
- Regularnie śpiewa Pani muzykę Mahlera pod batutą Bernardą Haitinka, jednego z największych autorytetów w tym repertuarze. Czy to szczególne doświadczenie?
- Niewątpliwie, bo od początku współpracy świetnie się rozumiemy. Pamiętam doskonale tę chwilę. W roku 2005 śpiewałam Paulinę w Damie pikowej Czajkowskiego w Opera Bastille w Paryżu, kiedy poproszono mnie o zastąpienie niedysponowanego Matthiasa Goerne w Pieśniach Ruckerta w Theatre des Champs-Elysees. Dyrygował Haitink. Poszłam na próbę
- miała tak naturalny przebieg, jakbyśmy znali się od lat i wielokrotnie razem występowali. Nie potrzebowaliśmy słów, była tylko muzyka. Co było tym bardziej niezwykłe, że mamy odmienny temperament artystyczny: on stąpa twardo po ziemi, ja bujam w obłokach; on pokorny, wyciszony – mnie ponosi fantazja. Jego pozbawione sentymentalizmu podejście do muzyki Mahlera, niezwykła wierność partyturze skromność wiele mnie nauczyły. To jedna z najważniejszych lekcji, jaką otrzymałam w życiu.
- Do muzyki Czajkowskiego powróciła Pani nagrywając niedawno monograficzną
płytę z jego romansami. Skąd to zainteresowanie?
- Może przez język, wspominałam już o tym. Uwielbiam Czajkowskiego! Jego nazwisko kojarzy się na Zachodzie z patetycznym stylem symfonii i koncertów instrumentalnych, twórczość kameralna jest nieporównanie mniej znana. A należy do najbardziej intymnych, wzruszających kreacji, jakie znam. Zapewne wykonuję jego muzykę inaczej niż śpiewacy w Rosji, operujący szerszym gestem i często potężniejszymi głosami. Czajkowski jednak często przemawia szeptem, ciągle pisze w nutach piano, pianissimo. Właśnie ściszony, kameralny wyraz jego pieśni pociąga mnie najbardziej. Myślę, że słychać to w moich interpretacjach.
- A co z muzyką Pani rodzinnego kraju? Twórczość pieśniarska Holendrów pozostaje wciąż mało znana…
- Na przełomie XIX i XX wieku piękne utwory wokalne komponował Alphons Diepenbrock, zwłaszcza na głos i orkiestrę. W przyszłym roku będę wykonywać jego Hymn do nocy z orkiestrą Concertgebouw w Amstęrdamie, może także niektóre pieśni kameralne. Świetne utwory na głos mają w dorobku Hendrik i Louis Andriessen. Są też bardzo zdolni kompozytorzy młodego pokolenia: w tym roku wykonywałam Spaces of Blank Michela van der Aa – nowy. wspaniały cykl do wierszy Emily Dickinson i Anne Carson. Tyle że holenderski nie jest wdzięcznym językiem do śpiewania. Łatwiej mi śpiewać po niemiecku,
włosku, nawet po rosyjsku. Może kiedyś zaśpiewam także po polsku. Chciałabym włączyć do repertuaru pieśni Szymanowskiego.
- Jaką rolę w Pani życiu artystycznym pełni opera?
- Powiedziałabym – pomocniczą. Nie unikam opery, ale to nie mój żywioł. W pracy z dobrym reżyserem można się jednak wiele nauczyć: wzbogacić aktorskie umiejętności i świadomość gestu, co procentuje w recitalach solowych. Biorę udział najwyżej w dwóch inscenizacjach operowych rocznie. W najbliższym czasie będzie to Tamerlan Haendla w Covent Garden w Londynie. Reżyseruje Graham Vick. Zaśpiewam rolę tytułową, jako Bajazet wystąpi Placido Domingo.
Rozmawiał Bartosz Kamiński, Ruch Muzyczny nr 22, 1 listopada 2009
Byłem na jej koncercie, fantastyczna sprawa. Czy ktoś wie, kiedy będzie ją można znowu zobaczyć w Polsce?