Ton chopinowski i wbijanie gwoździ – Kazimierz Kościukiewicz
We Wrocławiu Pogorelić zgodził się wystąpić dwukrotnie – 5 i 6 marca, z Koncertem f-moll Chopina pod dyrekcją Marka Pijarowskiego – jak wyznał, mając jeszcze w pamięci nader pochlebne opinie o tym „muzykalnym mieście” od ojca, który gościł tu w latach sześćdziesiątych.
W piątek kreację artystyczną przyćmiły ekscesy pozamuzyczne (tropienie na widowni piratów fonograficznych i niekulturalnych melomanów), w sobotę – dzięki działaniom uprzedzającym dyrektora Kosendiaka i personelu Filharmonii – usłyszeliśmy ją w postaci czystej i w całej okazałości: „kreację”, która bulwersowała, wywoływała najwyższe zdumienie, konsternację, w końcu sprawiała przykrość… Celebrowanie występów Pogorelicia w naszym kraju – przez organizatorów i przez publiczność – jest faktem. Tak jak prawdą są jego dotychczasowe osiągnięcia artystyczne, znaczone i dokumentowane licznymi cenionymi nagraniami. Zresztą i teraz, we Wrocławiu, chorwacki artysta ujawnił niezwykłą wrażliwość muzyczną zgoła nieograniczone możliwości pianistyczne, a także bogaty arsenał środków wyrazu muzycznego, w tym zdolność cudownego uchwycenia chopinowskiego tonu… Tak, najbardziej wzruszające w jego grze były chwile, gdy pośród osobliwych dziwaczności, przerysowań i szaleństw nagle wyłaniała się jakaś arcysubtelna figurka, urzekający bieg-nik lub fraza, jakby przez mgnienie ukazując prawdziwe oblicze Chopina i nieporównany czar jego muzyki.
I w tym właśnie cały kłopot z „kreacją” Pogorelicia. Wiemy, że pianista doskonale czuje i umie wyrazić prawdziwą naturę polskiego kompozytora i jego sztuki. Lecz to, co uczynił z jego Koncertem f-moll, nieprawdopodobna poufałość, ekstrawagancja i nonszalancja, z całą pewnością przekroczyły wszelką znaną nam dotychczas i dopuszczalną miarę. Pewna swoboda rytmiczna, rubato, uczuciowość – kanony pianistyki romantycznej i chopinowskiej – w grze Pogorelicia podległy jakiemuś chorobliwemu wynaturzeniu, prowadząc do skrajnego rozchwiania rytmu, nieobliczalnej dowolności w opóźnianiu, wytrzymywaniu i wydłużaniu nut. Ujmujące piano, leggiero i dolce zostały zniweczone przez brutalne, obsesyjne sforzata, przeszywające mózg niczym wbijanie gwoździ.
Początkowo, w I części Koncertu, tak subiektywne i osobiste potraktowanie muzyki Chopina mogło nawet zaciekawić – to jakby spojrzenie na dzieło dwudziestolatka przez pryzmat psychiki kompozytora u schyłku życia, schorowanego, zgnębionego i wewnętrznie wypalonego. A może, jak pisze Piotr Wierzbicki, Pogorelić chciał wydobyć i ujawnić swą grą ciemne, demoniczne zakamarki duszy i psychiki Chopina? Maestoso przebiegało potoczyście, mimo zaskakujących rubat, nonszalanckich fioritur, a gdzieniegdzie, równie niespodziewanie, poruszających subtelnością i delikatnością, zakończone mocno wybijanym marszowym krokiem. W Larghetto - Chopinowskie „namiętne wyznanie miłości” przybrało postać jakiegoś spazmatycznego wybuchu. „Zachmurzona atmosfera” w epizodzie środkowym, „wzburzenie” i ton dramatyczny, jak pisał Tadeusz Zieliński – to u Pogorelicia prawdziwa histeria, groza i horror oblewające zimnym potem… oraz tortura uporczywych, niczym młotem, uderzeń. I nie było to wcale „pierwsze wrażenie” bądź tylko złudzenie. Bo pianista z dokładnością do najdrobniejszego szczegółu powtórzył interpretację Chopinowskiego Larghetta na „bis”, dowodząc jej precyzyjnego przemyślenia i dopracowania. Ekstrawagancje rytmiczne, artykulacyjne i dynamiczne w finałowym rondzie wydały się bardziej uzasadnione. W jakimś stopniu dozwala na to ludy czna funkcja i beztroski nastrój tej części – Pogorelić w tej mierze dostarczył niemało odkrywczych pomysłów (choćby w akcentuacji) i niewątpliwie frapował wirtuozerią. Tylko wciąż nie mogę się zgodzić z elementami jego gry i jego interpretacji, które przeczą naturze Chopina i wyznawanym przezeń ideałom estetycznym.
Podziwiałem za to Marka Pijarowskiego, który zaimponował spokojem, nadzwyczajną czujnością i precyzją w podążaniu z orkiestrą za solistą.
Przyznaję, poruszony i zbulwersowany, ba, wstrząśnięty występem Pogorelicia, nie zdołałem się przejąć barwnymi wizjami Fontann rzymskich Respighiego ani zachwycić subtelnym kolorytem Rapsodii hiszpańskiej Ravela, wypełniającymi drugą część wieczoru – mimo maestrii dyrygenta i nienagannej gry filharmoników wrocławskich. A przecież świetnie brzmiała orkiestra w efektownej muzyce włoskiego kompozytora (wyróżniające się solówki oboju, fletu, klarnetu, skrzypiec), Pijarowski z niezwykłą finezją ukazał niuanse Ravelowskiej partytury, smakowicie różnicując nastroje, podkreślając taneczne rytmy, wydobywając orkiestrowy blask i żywiołowość finałowej Ferii.
KAZIMIERZ KOŚCIUKIEWICZ
Ruch Muzyczny